Liliana Śnieg-Czaplewska udostępnia policji maile od artysty. W jednym z nich Zdzisław Beksiński wspomina o pewnym pijaczku, mieszkańcu jego bloku. Wyraża się o nim per śmierdziel.
Ten mężczyzna często puka do drzwi artysty z prośbą o 20 złotych, rzekomo na chleb. – Widzę go w monitorze kamery, zaplutego, jak się chwieje. Boję się go – pisze Beksiński do dziennikarki.
Ale „śmierdziel” ma alibi.
Jednakże trop – wyłudzacze pieniędzy od artysty – jest wart rozwinięcia. Janina B. dobra znajoma ofiary zeznała, że wyznawał on pogląd, iż skoro jest człowiekiem majętnym, nie może odmówić komuś, kto potrzebuje pomocy. Artysta regularnie, od 10 lat, wspierał kilka fundacji charytatywnych. Raz w roku wręczał obraz śpiewakowi operowemu Wiesławowi Ochmanowi, aby go sprzedał na aukcji dla sierot. Od szesnastu lat przekazywał swoje prace na aukcje „Bliźniemu swemu” Towarzystwa Brata Alberta. Przesłuchiwany jako świadek Emil Jurkiewicz prezes Towarzystwa zeznał: – Pan Beksiński pozwalał zdejmować ze ścian te prace, które mi się podobały. Kiedy ostatnio dzwoniłem do niego w grudniu zapewniał, że ma przygotowane nowe obrazy na kolejną naszą aukcję.
Stosunek artysty do pieniędzy był znany jego przyjaciołom. Generalnie nie przywiązywał większej wagi do stanu posiadania. Twierdził, że pod tym względem usiłuje sprostać pewnej idei z dzieciństwa, gdy myślał, że całe zasoby finansowe ojca znajdują się w jego niezgłębionej – jak mu się wydawało – portmonetce. Gdy raz zapytał, ile pieniędzy ma w pularesie, rodziciel odpowiedział, że nie wie. – Stało się to moim cichym marzeniem – powtarzał – nie wiedzieć, ile ma się forsy.
Ale ten luzacki stosunek do własnego konta to pozory.
W gruncie rzeczy Beksiński panował nad swymi rachunkami i nawet usiłował wyprowadzić w pole urzędników skarbówki. Pisał w mailu do red. Śnieg–Czaplewskiej: „Używając niepowtarzalnego stylu księdza Jakuba Wujka położyłem nieprzyjaźń między mną a fiskusem, między nasieniem moim a nasieniem jego. On pragnie zetrzeć głowę moją, a ja czyham na jego. Amen. W związku z powyższym, odliczenia od podatku tak wykorzystuję, że moje roczne dochody są 5 razy niższe niż działalność charytatywna. Jak to możliwe? W końcu to Polska wydała na świat matematyka Banacha”.
Był też bardzo oszczędny w zakupach odzieży. Twierdził, że jeśli dżinsy mają zaledwie 10 lat, to absolutnie nadają się do noszenia. I nie ma co myśleć o nowych. Co innego, gdyby w jakimś sklepie ukazał się zegarek na rękę, będący zarazem, jak sobie żartował, telefonem, radiem, urządzeniem radiolokacyjnym, komputerem do ściągania i odtwarzania plików MP3 i aparatem fotograficznym. Tak, żeby zorientowanie się, która jest godzina, wymagało sporej sprawności manualno intelektualnej i orlego wzroku, a zaprogramowanie całości zajmowało cały dzień. Wtedy natychmiast by to cacko nabył.
Czasem naciągano go i on o tym wiedział. Skarżył się w mailach do dziennikarki z Vivy: – Wczoraj telefonicznie molestował mnie pewien staruszek, że koniecznie chce 35 zł na prezenty dla jakichś sierot. Cały dzień ukrywałem się za sekretarką, a on dzwonił raz po raz.
Oburzał się, ale w końcu ulegał. Taka sytuacja: zatelefonował malarz bardzo średniej klasy z podwarszawskiego Ursynowa. Zaczął, płacząc rzewnymi łzami, od kondolencji w związku z samobójstwem syna (rychło w czas, pięć lat po tej tragedii). I następnie poprosił, aby Beksiński kupił od niego – po raz kolejny – obraz za 5 tys. zł. Po targach stanęło, że dostanie tysiąc złotych. Zjawił się natychmiast (jakby już stał pod drzwiami) i na odchodnym wyłudził dodatkowo 50 zł na taksówkę do Ursusa.
Ktoś inny, o nieznanym nazwisku, przedstawił się jako młody historyk sztuki i naciskał, aby artysta podarował mu pieniądze na bilet do Nowego Jorku, bo chce tam napisać książkę o malarzach abstrakcjonistach, m. in. o Beksińskim.
To znów zwrócił się o bezzwrotną zapomogę w wysokości 60 tys. złotych mąż zmarłej kuzynki artysty. O dziwo, dostał te pieniądze.
Tylko ofiarodawca, patrząc na siebie z dystansem, pytał zdumiony – Cóż to ja jestem, muchołapka dla nieudaczników?
I usprawiedliwiał się, że widocznie taki się urodził. Wspominał, jak w jego rodzinnym Sanoku koło domu rosła grusza. Latem dzieci przystawały przy płocie i prosiły, aby poczęstował je owocami. On biegał z gruszkami od drzewa do ogrodzenia szczęśliwy, że może obdarowywać. A gdy zabrakło owoców, poleciały w jego stronę wyzwiska i ogryzki.
Niczego go to nie nauczyło. – Wobec tych, co mają ode mnie gorzej – powiedział po przekroczeniu 70–tki – czuję się winny. I nie oczekuję wdzięczności za wsparcie.
Byłby chyba zdumiony, gdyby się dowiedział, że to podopieczni schroniska w Sanoku, które też wspomagał, zaciągną ostatnią wartę przy jego trumnie.
xxx
Temat – pieniądze, pożyczki, zwraca przez moment uwagę śledczych na Krzysztofa K. „złotą rączkę” i jego żonę. Wieloletni znajomy zamordowanego malarza ujawnił, że małżeństwo K. niedawno pożyczyło od Beksińskiego kilkadziesiąt tysięcy złotych na nowy samochód. Dług miała odpracować pani K., która za 250 zł tygodniowo sprzątała malarzowi mieszkanie. Czasem wyręczała się w tej robocie 19 letnim synem Robertem, ale młody człowiek irytował gospodarza. Odkąd zaczął się pojawiać, z mieszkania ginęły drobne pieniądze, która zwykle leżały w koszyczku, aby Beksiński, amator pizzy, miał je na podorędziu, gdy przychodziła zamówiona dostawa. Ostatecznie problem rozwiązano w ten sposób, że Krzysztof K. (który nie wiedział, że malarz podejrzewa o kradzież Roberta) zamontował w ścianie sejf.
A może morderca pochodził z Sanoka, gdzie malarz spędził dzieciństwo? I po latach stał się ofiarą jakichś porachunków z jego rodziną, sięgających pokoleń?
Policja zebrała wywiad środowiskowy. Nic nie wskazywało na to, że Beksińscy mieli w miasteczku wrogów. Dziadek artysty Mateusz Beksiński był właścicielem firmy autobusowej, późniejszego, po upaństwowieniu, Autosanu. Zdzisław na żądanie ojca skończył architekturę w Krakowie. Przez jakiś czas zatrudniony był na pół etatu w Autosanie, zaprojektował dwa autobusy, prawie całe przeszklone. Nigdy nie weszły do produkcji, ale pozostawił po sobie opinię zdolnego pracownika.
Po kolei wszystkie te tropy uznano na policji za fałszywe.
I wtedy sąsiadka Beksińskiego przypomina sobie, że tragicznego wieczoru 21 lutego widziała na klatce schodowej młodego mężczyznę w niebieskiej kurtce, który chował przed nią twarz. To nie był mieszkaniec tego bloku.
Niebieską kurtkę ma Robert, syn Krzysztofa K. Przesłuchują go. Chłopak początkowo twierdzi, że od południa był u swej dziewczyny. Ale gdy ona zaprzecza – już się nie spotykają zerwali ze sobą. Nazajutrz 19–latek przyznaje się do zabójstwa. Opowiada, jak do tego doszło.
Beksiński wpuścił go, gdy przez domofon powiedział, czyim jest synem. Ledwo wszedł do mieszkania, wyjawił cel niespodziewanej wizyty. Chce pożyczyć pieniądze, dużą sumę. Malarz ponoć zareagował gniewnie: – Co ty sobie szczeniaku wyobrażasz, twój ojciec o tym wie? Zaraz się z nim skontaktuję. I wystukał w swojej komórce telefon do Krzysztofa K. Ale nie zdążył się porozumieć, choć prawdopodobnie słyszał dzwonek z tamtej strony. Umierał, od ciosów noża napastnika.
Robert ujawnia, że do Zdzisława Beksińskiego pojechał z 16 letnim kuzynem Łukaszem K., który został na dole bloku. Po zamordowaniu malarza przywołał Łukasza SMS–em. Kazał mu chwycić ofiarę za nogi tak, aby mogli przenieść ciało na balkon. Beksiński był swoim zwyczajem tylko w krótkich spodenkach i Łukasz początkowo wzbraniał się przed dotknięciem zakrwawionego ciała. Potem, pod dyktando kuzyna, który nazwał go mięczakiem, ciotą, wytarł mopem zakrwawioną podłogę.
Robert ukradł z mieszkania dwa cenne aparaty fotograficzne i kilkadziesiąt płyt CD. Po powrocie do Wołomina zakopał ten sprzęt w pryzmie śniegu na podwórku domu Łukasza. Bez jego wiedzy.
xxx
Na co potrzebna była 19–latkowi duża kwota? Początkowo twierdzi, że nie miał konkretnego celu. Trzy miesiące później pisze z aresztu list do matki, w którym wyjaśnia, że był szantażowany. Korespondencję ujawniono podczas rozprawy:
– „Mamo! Teraz b. żałuję tego, że wam nie powiedziałem. Wtedy na pewno nie doszłoby do tego co się stało. (…) Gdy w II klasie nie zdałem poprawki z polskiego, to zawalił mi się świat. Wtedy wiedziałem, że zawiodłem wasze oczekiwania i wtedy siadła mi psychika ale przeniosłem się do drugiego liceum i poznałem nowe osoby.
Poznałem wiele osób ale też i takie, przez które zacząłem mieć problemy. Wcześniej nie mogłem tego powiedzieć, bo się bałem i nadal się boję, bo w dzisiejszych czasach samemu nic nie zdziałasz. Przemyślałem to wszystko i doszedłem do wniosku, że nie chcę teraz siedzieć w więzieniu i dlatego chce o wszystkim opowiedzieć wam. Lecz i tak nie wiem, czy to coś pomoże.
Na imprezie w Wołominie od poznanych tam chłopaków pożyczyłem 200 zł. Tydzień później czekali na mnie. Powiedzieli, że przyjdą po pieniądze, ale to nie będzie 200 zł tylko 500. Przychodzili pod szkołę. Chciałem im oddać 200 zł, bo udało mi się wygrać w zakładach sportowych, ale gdy im dawałem 200 to walnęli mnie w twarz. Wzięli ode mnie pieniądze a jeden z nich powiedział że brakuje 2800. Mijały miesiące, wcześniej powiedzieli mi, że mam siostry i oni się zemszczą na moich siostrach. Miałem czas do końca lutego, namawiali mnie, abym kogoś okradł. Płakałem w nocy, bo suma urosła do 10. tys. Pomyślałem, że może pan Beksiński mi pomoże, ale on nie chciał słuchać chciał o tym powiedzieć tacie. Chciałem popełnić samobójstwo. Proszę was zróbcie wszystko żeby mnie stąd wyciągnąć Proszę!!! Ja nie chcę siedzieć tyle lat, nie wytrzymam. Ja nie jestem zły taki jak przebywające tu niektóre osoby. Nie chcę iść na badania psychiatryczne bo tam są świry”.
Oskarżony K. twierdzi, że po przyjeździe do Warszawy przez półtorej godziny krążyli z Łukaszem pod domem malarza i planowali, co zrobią. To wyjaśnienie zadecydowało, że prokurator uznaje, że Robert bez pomocy 16–letniego Łukasza nie dopuściłby się zbrodni. Są jeszcze inne fakty obciążające nieletniego: po powrocie do Wołomina użyczył Robertowi swojej kurtki, (nie była pobrudzona krwią) przechował zakrwawione ubranie kuzyna, ukrył narzędzie przestępstwa. A ponadto – od chwili, gdy dowiedział się o zabójstwie, aż do zatrzymania nie wydał Roberta. Milczał dwie doby.
Chłopcy są skierowani na obserwację psychiatryczną.
Z badań Roberta wyłania się obraz osoby rzeczowej, zamkniętej w sobie. Popełnione morderstwo ocenia słowami: – „Wyszło, jak wyszło. Ale mówi też, że żałuje. W schronisku dla nieletnich, gdzie początkowo przebywa, chętnie zgłasza się do różnych zajęć. M. in. jest tzw. korytarzowym. Za tę aktywność dostaje regulaminowe nagrody.
Nad czytanie książek, od czego zdecydowanie stroni, przekłada gry komputerowe.
Po dziewięciu miesiącach aresztu pisze do prokuratora prośbę o zwolnienie go do domu.: – „Pewnie pani czyta moje listy i wie pani co się roi w mojej głowie. I co czuję. Jest pani kobietą może matką (nie wiem) ale na pewno wie pani jak taka rozłąka między dzieckiem a rodzicami wpływa niekorzystnie na człowieka. Gdyby chciała się pani ze mną spotkać i porozmawiać to jestem do pani dyspozycji. I niech się Pani nad tym zastanowi, o co proszę.”
Prośba nie zostaje uwzględniona.
Łukasz wypada w opinii psychiatrów jako chłopiec wrażliwy, bojaźliwy, skłonny do zmiennych nastrojów, niepewny siebie, niezdecydowany, łatwo ulegający wpływom. Ma niewielkie oczekiwania wobec życia, dlatego podporządkowuje się życzeniom innych, za wszelką cenę unikając konfliktów. Z wywiadu wynika, że bez wiedzy rodziców nie dołączał do kolegów. Nie chodził do dyskoteki, nie palił. Chętnie pomagał matce (opiekując się niepełnosprawną małą siostrą), dużo rozmawiał z ojcem. Ale o tym, co zdarzyło się w mieszkaniu Beksińskiego, nie powiedział rodzicom ani słowa. Zamknął się w swoim pokoju, udawał, że bolą go zęby.
W schronisku jego nastrój jest b. obniżony; objawia się skłonnością do płaczu, trzęsącymi się dłońmi, ogryzaniem paznokci, wykręcaniem palców w czasie rozmowy.
(czytaj dalej)