ŚLEDZTWO STAŁO NA GŁOWIE
Nie wiadomo, co kryło się za absurdalnym oskarżeniem żony profesora archeologii o kradzież cennej rzeźby.
Policjanci z Ostródy zastukali do warszawskiego mieszkania państwa Mikockich, archeologów – Tomasz Mikocki był wtedy profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, naukowcem o międzynarodowej sławie – w pod koniec listopada 2002 roku o 6.30 rano. W progu pokazali zgodę prokuratora na przeprowadzenie rewizji. Obudzili małe dziecko, bo szukali w pokojach ważącej około 1,5 tony rzeźby, która zniknęła w Dylewie. Przetrząsnęli biurko profesora. Następnie oświadczyli, że zabierają jego żonę Monikę na przesłuchanie do Ostródy. Monika Muszyńska-Mikocka miała tego dnia zamówioną wizytę w szpitalu u neurologa, gdzie leczyła silne bóle głowy. Musiała zaopatrzyć się w leki. Funkcjonariusze eskortowali ją do przychodni. W policyjnym areszcie znalazła się w południe.
Tego dnia prokurator nie miał czasu na przesłuchanie. Podejrzaną umieszczono w celi. Spędziła tam 48 godzin. Zabrano jej wszystkie rzeczy osobiste, również lekarstwa.
Następnego dnia odbyły się cztery konfrontacje. Trzy osoby nie rozpoznały podejrzanej. Czwarty świadek, Janusz S., oświadczył, że widział tę panią z kilkoma mężczyznami w Dylewie w dniu kradzieży pewnej cennej rzeźby.
Prokurator z Ostródy wystąpił do sądu o zastosowanie wobec Mikockiej aresztu. Uniknęła celi tylko dlatego, że rodzina wpłaciła kaucję – 100 tys. złotych. Ale musiała codziennie meldować się w komisariacie. Również w święta Bożego Narodzenia. Odebrano jej paszport, co było dotkliwie, bo uczestniczyła w archeologicznych ekspedycjach męża w basenie Morza Śródziemnego.
Tydzień później jeszcze raz konwojowano ją do Ostródy; tym razem uczestniczyła w wizji lokalnej. Gdy dojechała z prokuratorem do Dylewa, we wsi było już zupełnie ciemno. Główny świadek oskarżenia, miejscowy rolnik, zeznał, że do brzegu stawu, skąd skradziono rzeźbę, podjechały dwa dostawcze samochody. Choć pytania prokuratora dotyczyły wydarzenia sprzed roku, świadek doskonale pamiętał numery rejestracyjne i twierdził, iż widział, że na przyczepę włożono rzeźbę przy pomocy łopaty. (Półtoratonową!) Twierdził, że kobieta kradnąca cenne dzieło sztuki była czarnowłosa; powtórzył to wielokrotnie. Monika Muszyńska-Mikocka miała podczas wizji wełnianą czapkę, ściśle przylegającą do twarzy. Jest naturalną blondynką i nigdy włosów nie farbowała.
Spotkania Franza Rose z Adolfem Wildtem.
Mikoccy sami napytali sobie tej biedy. Zaczęło się od tego, że latem 2001r. ekipa archeologów z Uniwersytetu Warszawskiego pod kierownictwem prof. Mikockiego pojechała do Dylewa, małej popegeerowskiej wsi pod Ostródą.
Ta wyprawa była efektem zainteresowania się profesora historią antycznego sarkofagu, który stał w Muzeum Narodowym w Warszawie. Sarkofag miał nowożytny relief, autorstwa najprawdopodobniej Wildta – mediolańskiego rzeźbiarza pochodzącego ze Szwajcarii, artysty wielkiego formatu z przełomu XIX i XX wieku, znacznie wyprzedzającego swoją epokę skrajnie ekspresyjnym, w stylu Muncha, klimatem dzieł. Ustalono, że sarkofag niegdyś stał w holu dylewskiego pałacu, spalonego w 1945 r. przez Rosjan. Jego losy nasunęły przypuszczenie, iż w tej miejscowości może znajdować się więcej przedmiotów z antycznej kolekcji właścicieli pałacu, rodu von Rose. Majątek tej znanej pruskiej rodziny w Dylewie liczył ponad tysiąc hektarów i należał do najnowocześniejszych w Prusach Wschodnich. Posiadał własny system wodny, a od 1897 r. także elektryczność. Funkcjonowały przy nim spichrze, gorzelnie, cegielnie, tartak i mleczarnia. W źrebięciarni hodowano najlepsze w okolicy konie, a obora mogła pomieścić aż 200 sztuk bydła. Ogromne transporty zboża wysyłano bezpośrednio do Berlina lub do Königsbergu.
W XIX w. moda na tworzenie antycznych kolekcji w pałacach oraz zakładanie angielskich ogrodów była wśród warstw uprzywilejowanych powszechna. Gustowała w niej również bogata pruska arystokracja, która w ten sposób podkreślała swoją przynależność do elity kulturalnej kontynentu. Prześcigano się więc w sprowadzaniu posągów, rzeźb, sarkofagów, gdyż każdy chciał mieć w swojej posiadłości małe Ateny, czy Rzym. Czasami kolekcję wzbogacano gotyckimi detalami, bądź orientalnymi przedmiotami przywiezionymi z dalekich podróży.
Jeżeli nie można było sprowadzić oryginału, zamawiano kopię u uzdolnionego włoskiego artysty. Gdy w latach 20. ubiegłego wieku wyłowiono posąg Zeusa z Artemizjonu, jego bliźniacza kopia z brązu stanęła natychmiast przed pałacem w Dylewie.
Właśnie poszukiwanie doskonałego kopisty doprowadziło do spotkania Franza Rose z Adolfem Wildtem. Niemieckiego arystokratę, podróżującego w 1894 r. po Włoszech, urzekła rzeźba, przedstawiająca żonę artysty, tzw. Vedova. Kiedy Wildt odmówił jej sprzedaży, Rose zaproponował mu posadę – bez konieczności mieszkania w Dylewie – za ogromną sumę 4 tys. lirów rocznie. Kontrakt, który trwał aż 18 lat, z czasem przemienił się w bliską zażyłość ze światłym mecenasem i uczynił z Wildta artystę wielkiego formatu, który pozostawił w Dylewie swój trwały, wykuty w marmurze z ślad. Ślad, z którym historia i ludzie obeszli się nader okrutnie. Jeszcze dziś żyją we wsi świadkowie plądrowania pałacu i parku przez czerwonoarmiejców, a następnie, w latach 50. już przez nowych mieszkańców Dylewa.
Na szczęście, nie wszystko wpadło w ręce barbarzyńców. Penetracje zapuszczonego parku przez prof. Mikockiego w roku 2001 doprowadziły go do kilku unikatowych rzeźb Adolfa Wildta, m. in. marmurowej głowy Larassa – architekta pałacowych ogrodów. To było jedno z najpiękniejszych dzieł Wildta, nagrodzone w 1903 r. na wystawie w Dreźnie. Rzeźba, zrzucona z podstawy i obtłuczona przez lata leżała w błocie.
Archeolog trafił też do szopy, pełnej antycznych i stylizowanych na antyk dzieł. – Ten schowek wskazał mi tutejszy chłopak – opowiadał mi Tomasz Mikocki. – Pewnego razu zapytał, czy nie interesują mnie rzymskie głowy i zaprowadził w to miejsce. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. W opuszczonej komórce, wśród potłuczonych rupieci znalazłem perełki, w tym dwie zaginione rzeźby Wildta. Jak się później okazało, rzeczy te wykopano w 1990 r., w czasie rozbudowy szkoły mieszczącej się w ocalałych z wojennego pożaru pałacowych obiektach. Część przedmiotów rozebrali miejscowi, inne, ich zdaniem mniej atrakcyjne, jak np. orientalne wazy, zrzucono do tej szopy.
Profesor zawiadomił o swym odkryciu Ministerstwo Kultury. Publicznie nie ukrywał swego oburzenia z indolencji wojewódzkiego Konserwatora Zabytków: – To aż nieprawdopodobne, aby prace wielkiego artysty, jednego z największych rzeźbiarzy włoskich, nagradzane na konkursach i poszukiwane przez światowych kolekcjonerów, poniewierały się gdzieś w błocie i krzakach na głuchej, popegeerowskiej prowincji.
Co się dało, archeolodzy na miejscu zabezpieczyli. Na przykład marmurową podobiznę Franza Rose wstawiono dla bezpieczeństwa do przedsionka pobliskiego kościoła. – Może to trochę nieadekwatne miejsce dla niej, bo Rose był luteraninem, a na dodatek masonem, ale przynajmniej mamy gwarancję, że nikt jej tam nie uszkodzi – mówił mi z uśmiechem Tomasz Mikocki.
Po powrocie do Warszawy profesor już się tym tak bardzo nie interesował, bo jego myśli zaprzątały przygotowania do bardzo ważnej wyprawy archeologicznej do Libii.
I oto kilka miesięcy później z Dylewa przyszła zła wiadomość: ktoś ukradł marmurową głowę ogrodnika Johanna Larassa. Przestępstwa dokonano przy pomocy specjalistycznego sprzętu, bo rzeźba znajdowała się na wyspie na parkowym stawie, w miejscu trudno dostępnym. Nikt z miejscowych niczego nie słyszał, ani nie widział.
Prokuratura wszczęła postępowanie, ale na skutek nieznalezienia sprawców, zostało ono po kilku tygodniach umorzone.
To ona
Dopiero w listopadzie 2002 roku nagle znaleźli się świadkowie, którzy szczegółowo opisali zdarzenie. Jeden z nich, Janusz S. zeznał, że na miejscu przestępstwa widział żonę prof. Tomasza Mikockiego. Potwierdził to również podczas konfrontacji.
Kiedy Monika Muszyńska-Mikocka została zatrzymana i umieszczona w ostródzkim areszcie, domysłom, spekulacjom i plotkom w Dylewie nie było końca.
Przed kradzieżą zdarzył się pewien incydent w miejscowym kościele.
Z listu biskupa Jacka Jezierskiego, skierowanego 6 sierpnia br. do ministra kultury: "Dnia 5 sierpnia 2002 r. miejscowi mężczyźni, którzy wykonują prace porządkowe przy wykopalisku archeologicznym w Dylewie, wtargnęli na teren kościoła i zabrali znajdujące się tam od wielu lat rzeźby Adolfa Wildta: sfinksa, oraz popiersie Franza von Rose. Mężczyźni ci nie okazali żadnych dokumentów potwierdzających uprawnienie do takiego działania. W kościele rzeźby były bezpieczne. (...) Proboszcz parafii, ks. Andrzej Tenus, prosił kierującego grupą o skontaktowanie go z Wojewódzkim Konserwatorem Zabytków. W następstwie tego konserwator telefonicznie przekazał mu swoją decyzję o przeniesieniu rzeźb. Dodatkowo wiele do życzenia pozostawia urzędniczy profesjonalizm Pana konserwatora. Podczas telefonicznej rozmowy z Księdzem Proboszczem był agresywny w słowach, oraz lekceważąco odnosił się do niego".
Opisany incydent obserwowało całe Dylewo. Co światlejsi mieszkańcy łączyli zajście w kościele z późniejszym oskarżeniem żony prof. Mikockiego. Rozumowali tak: Konserwator kazał zabrać rzeźby, bo chciał pokazać, że nie ufa warszawiakom. A z prof. Mikockim od samego początku miał na pieńku. Od chwili, gdy znany archeolog w sprawie poniewierających się cennych rzeźb monitował Ministerstwo Kultury. Gdy w połowie listopada 2002 roku Mikocki został dyrektorem Krajowego Ośrodka Dokumentacji Zabytków, konserwator mógł się spodziewać zwolnienia. Możliwe więc, że aby uprzedzić to przykre dla niego wydarzenie, usiłował skompromitować swego zwierzchnika sugerując prokuratorowi, kto może być sprawcą kradzieży.
Świadek i białe myszki
Pojechałam ponownie do Dylewa. – Ktoś tym kręci, tylko trudno go za rękę złapać – ocenili sytuację stojący pod sklepem mężczyźni, wcześniej zatrudnieni przy wykopaliskach. O prof. Mikockim wypowiadali się z sympatia. – Siwy fajny chłop był, choć lubił porządek. Jak tylko ktoś z nas coś znalazł, to profesor krzyczał: "Mam!" i natychmiast przybiegał jego pomagier z aparatem, robili dokumentację. Mówił, że tu żaden drobiazg nie może być rozdeptany, bo kto wie, może po umyciu i wyczyszczeniu będzie właśnie brakującą częścią potrzebną do sklejenia kolejnej rzeźby Wildta... A jego żona, też archeolożka po pracy zajmowała się naszymi dziećmi. Przedszkole im urządziła.
– Ale jest świadek…
– Niech pani popyta we wsi, co to za człowiek…
Wiekowa Łucja Żudro, jedna z najstarszych mieszkanek Dylewa, która pamięta jeszcze rodzinę von Rose, o głównym świadku oskarżenia ma wyrobione zdanie. Kiedy zapytałam ją o 30-letniego Janusza S., bez słowa namalowała na czole kółko.
Sąsiadka Janusza S. też najpierw nie chciała rozmawiać, ale potem wybuchła: – Przecież cała wieś wie, że on szkołę specjalną ledwo co skończył, po co takiego po prokuraturach ciągać.
Rodzice Janusza S. rozmawiali ze mną tylko przez płot, bo dość już mieli dziennikarzy i policji. – Napił się i przed klubem o wszystkim rozgadał. Potem sołtys policję zawiadomił. Inni też gadali, ale wycofali się w porę, a on, głupi, został.
Janusza S. w domu nie zastałam, poszedł na spacer z psem. Kiedy zmierzałam główną drogą w stronę szosy, zauważyłam na łące szczupłego mężczyznę w czapce, z czarnym kundlem u nogi. Właściciel psa machał na mnie zawzięcie. Podeszłam, zapytałam, po co mnie zawołał. Chciałby się wyżalić. W domu nie może rozmawiać, bo rodzice ciągle na niego krzyczą. Na dodatek policja zakazuje kontaktów z dziennikarzami i grozi trzyletnią odsiadką za fałszywe zeznania.
– Zejdźmy z pagórka niżej, zaproponował, bo tu nas zobaczą.
– Kto? – zdziwiłam się, gdyż w promieniu kilometra nie było żywego ducha, ale nie odpowiedział.
– Sam zostałem, ponownie poskarżył się, sam, inni się wykręcili, a mnie teraz ciągają.
Zapytałam, czy rzeczywiście widział wtedy żonę prof. Mikockiego. Odpowiedział wymijająco: że na pewno była tam kobieta z ciemnymi włosami do ramion i w płaszczu. Więcej trudno było dostrzec, bo zmierzchało i padała mżawka.
– Ale żona profesora jest blondynką.
– Mogła perukę założyć – dodał bez zastanowienia, jakby wyuczył się tej kwestii. Kiedy jeszcze raz zapytałam, czy jest stuprocentowo pewny, bo to przecież poważne oskarżenie, długo się zastanawiał, a potem odpowiedział tak cicho, że ledwie usłyszałam: – Sylwetka ta sama była, tylko to mogę zeznać.
Czy to się kiedyś wyjaśni?
Ostatecznie śledztwo w sprawie kradzieży ponownie umorzono. Monika Muszyńska-Mikocka nigdy już nie została wezwana na przesłuchanie, nie przestawiono też jej aktu oskarżenia. I nikt nie przeprosił ją za krzywdy moralne.
A ukradziona płaskorzeźba Wilda znalazła się z inicjatywy profesora na pierwszym miejscu listy Krajowego Wykazu Poszukiwanych Zabytków. Wisi tam dotąd, nie znaleziona.
Mikoccy do Dylewa już nie wrócili. Nie tylko z powodu przykrych wspomnień. Profesora zajęło nowe znalezisko – Ptolemais, miasto w Libii z III w p.n.e. Już w nowej erze, za czasów Dioklecjana stało się stolicą Cyrenajki, ale było dwukrotnie niszczone przez trzęsienia ziemi i odbudowywane. Próbę odbudowy podjęli także Arabowie w VII w., ostatecznie jednak opuścili miasto sto lat później i wszystko przysypał piasek pustyni.
Archeolodzy z Uniwersytetu Warszawskiego, którzy otrzymali od libijskiego rządu licencję na wyłączne prowadzenie prac wykopaliskowych (o takie prawo ubiegały się też ekipy z Włoch, Francji, Anglii, Niemiec) w ciągu dwóch ostatnich lat odsłonili dziewięć bezcennych mozaik. Odkopano też dużą rezydencję bogatego mieszkańca z III w n.e., z bardzo cennymi mozaikami i malowidłami ściennymi.
Kolejne odkrycie czekało na archeologów przy ulicy przylegającej do willi. W niewielkim kantorku na poziomie posadzki natrafiono na górę monet. Stożkowa forma, w jakiej były ułożone wskazywała, że ich właściciel przechowywał je w jakimś worku, który oczywiście nie przetrwał do naszych czasów.
Dla Tomasza Mikockiego, wówczas dyrektora Instytutu Archeologii U W. był to przełom w jego karierze. Niestety, została przerwana nagłą chorobą i śmiercią profesora wiosną 2006 roku.
Monika Muszyńska-Mikocka wymazała Dylewo ze swej pamięci.
Helena Leman
|
|
|
|
|
Reportaż tygodnia
Najlepsze reportaże
Fałszywe tropy
Literatura faktu
Prosto z sądu
Fotoreportaż
Nasza kartoteka
Szkółka reporterska
|
|